Niczego nie muszę

Z dniem 1 kwietnia zdegradowałem się na krupiera. Fajnie było być kierownikiem sali w kasynie… gdyby nie to, że tytułowe stwierdzenie jest dla mnie mega ważne.

Bardzo nie lubię odpowiedzialności, mieć nad sobą nadzoru lub być rozliczanym z obowiązków.

Paradoksalnie kasyno spełnia te warunki, a lubię to miejsce.

Poniekąd jako krupier mam odpowiedzialność finansową, mam ciągły nadzór kamer i mikrofonów i jestem rozliczany ze swoich błędów. Na papierze. Prawda jest taka, że gdy nauczysz się tego fachu to nie odczuwasz pracy. Na tym etapie wiem, że nic mnie nie zaskoczy i jestem spokojny stojąc przy stole.

Inaczej było na stanowisku kierowniczym. Wychodzę z założenia, że szkolenie jest ważne, nawet jeżeli ktoś ma predyspozycje do danego zadania to warto poinformować tą osobę co może, czego nie i jak co ma robić.

Ja zacząłem pracę w trampkach 16.08. Dlaczego w trampkach? Bo nie wiedziałem czy idę do pracy czy na dzień szkoleniowy. Okazało się, że mam pracować z miejsca na stanowisku, które znałem z widzenia.

Nie przeszkadzał mi chaos, brak dostępu do konta, brak haseł i kodów dostępu. Nie przeszkadzało mi to, bo mogłem z czystym sumieniem powiedzieć, że „nie wiedziałem”.

Pół roku później dalej nie wiedziałem jakie jest moje zadanie w pracy. Siedziałem piłem kawę i obserwowałem salę. Od czasu do czasu działa się jakaś dziwna akcja, którą musiałem rozwiązywać „na czuja” bo za Chiny nie wiedziałem jak się gra w kierownika.

Majstersztykiem była awaria prądu. Gdy światła zgasły wyjąłem wielką księgę z procedurami (po jakimś czasie odkryłem ją na dnie szuflady) i świecąc telefonem szukałem procedury, która mówi co mam zrobić w takiej sytuacji.

Po jakimś czasie wszyscy znali od A do Z moje obowiązki i mnie z nich rozliczali, wtedy kiedy im to pasowało. Problem polega na tym, że „znali” moje obowiązki. Po przeczytaniu absolutnie każdego materiału zawierającego zasady i procedury dalej nie wiedziałem co ja właściwie mam robić. Dowiadywałem się o tym, gdy tego nie zrobiłem.

Zacząłem zabierać pracę do domu, czego unikałem jak ognia odkąd skończyłem 18 lat. Nabrałem poczucia, że „muszę coś zrobić”. Pytanie brzmiało „co?”.

Wraz z pierwszym kwietnia wróciłem do noszenia muszki i zbierania napiwków jako krupier. Gdy mówiłem o tym ludziom to jedyne o co pytali, to czy finansowo dam radę.

Nie czy lepiej się czuję jako krupier, nie czy wkurwia mnie udawanie, że obchodzi mnie co zarząd chcę, nie czy idąc do pracy klnę pod nosem bo zacząłem nienawidzić tego miejsca.

Tylko czy pieniążki się zgadzają.

Żeby było śmieszniej, właśnie odebrałem swoją wypłatę krupierska i czekam na napiwki… zarobiłem więcej niż miesiąc temu, dwa miesiące temu czy trzy.

Jednak nie o hajs tutaj chodzi. Chodzi o swobodę. Jako krupier obchodzi mnie tylko stół, a z racji że szukałem informacji na temat kierownictwa to znalazłem też zasady stołowe. Więc wiem chyba o nich wszystko.

Chodzi o to, że już nic nie muszę. Wchodzę, odwalam rutynę i po 10 godzinach wychodzę. Nie muszę się przejmować wynikiem, tym czy goście są zadowoleni, czy kibel działa, czy klimatyzacja jest sprawna, czy ktoś zgłaszał L4 lub UŻ. Gdy zamykam drzwi praca dla mnie nie istnieje.

Bardzo nie lubię mieć nad sobą świadomości, że muszę coś zrobić. Dlatego też rzadko występuje na imprezach firmowych.

Gdy wchodzę na swój pokaz biletowany w jakimś małym klubie to wiem, że to jest mój pokaz. Spodoba się czy nie, jest mój. Nie muszę uważać co mówię, żeby kogoś nie urazić lub stawać na głowie żeby jakiś prezes był happy z wyboru event menagera.

Mogę wyjść z jakim chcę materiałem. Z jakimi chcę żartami. W jakich chcę ciuchach. Nie jestem „profesjonalistą” w żadnej dziedzinie według szeroko przyjętych norm.

Bo profesjonaliści wychodzą na scenę w garniturach, koszulach i lśniących bucikach. Wykonują te same efekty i opowiadają te same żarty.

Ja jestem nikim, więc wychodzę w podartych spodniach i t-shirt’cie. Wykonuję efekty, które powstały albo poprzez połączenie jakiś undergroundowych metod i zasad albo pochodzą z rękopisów pochodzących od ludzi, których nawet iluzjoniści nie znają. Wszystko to uzupełniam anegdotami i historiami ze swojego życia, które uważam za zabawne lub tragicznie śmieszne.

Robię to bo tak chcę, a nie bo muszę wbić się w ramkę lub podobać.

Wiele dziedzin życia traktuję nie przez pryzmat „czy muszę to zrobić” tylko „czy chcę to zrobić”.

Zamykanie się w kleszczach obowiązków i przymusu chyba nie działa jakoś dobrze na samopoczucie.

Mam świadomość, że to podejście na dłuższą metę może mnie zgubić.

Możliwe, że przez to nigdy nie zostanę kimś wielkim, znanym lub ważnym.

Mam to w dupie. Tak długo jak mam z tego frajdę i robię to co lubię i to co chcę robić to… wygrywam.

Dla ludzi z zewnątrz będę szaraczkiem, nikim, cyferką. Dla siebie natomiast będę królem.

Nie wiem czy to mądre i czy ma sens.

Nie muszę tego wiedzieć.

Jeżeli miałbym zostawić Cię drogi przyjacielu/przyjaciółko z jakąś złotą myślą, lub cytatem, który sobie wydrukujesz, oprawisz i powiesisz nad łóżkiem… lub wstawisz na zdjęcie w tle ciesząc michę jakie to głębokie i „mondre” to wyglądałaby to tak.

Pozwól sobie na położenie chuja na coś czego nie lubisz lub nie chcesz robić i… zobacz czy świat się zawali.

Sztuką w stwierdzeniu „nic nie muszę” nie jest skrajny nihilizm i nonkonformizm, a oddzielanie ziarna od plew. Odkrycie co mogę totalnie olać, a co… mogę zrobić po swojemu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close