Szczęście

Może nie jest to uczucie w tym czystym i sztampowym rozumieniu. Chcę to tutaj wrzucić, bo można „czuć szczęście” „czuć się szczęśliwym” itd. stąd trafia ono do szufladki z uczuciami.

Gdy piszesz pociętymi i obdartymi palcami mając opuchnięte oczy ciężko jest powstrzymać się od wejścia „zbyt głęboko”… ten tekst nie został ani razu przeredagowany. Czysty wylew myśli, nie mam siły na erudycję czy elokwencje.

Brutalna i surowa panorama umysłu.

Żyjemy w czasach, w których coraz więcej ludzi coraz częściej zadaje pytanie: Jak być szczęśliwym? Dochodzimy do momentu, gdzie szczęście i spełnienie są towarami deficytowymi. Złota era psychoterapii i antydepresantów. Wszystko zmienia się z taką dynamiką, że nie wszyscy są w stanie nadążyć, co za tym idzie, zostają z tyłu… wykluczeni, porzuceni i zdani na siebie.

Wszystko wokół jest plastikowe, jeżeli coś się zepsuło należy to wymienić… telefon, samochód, zabawkę, człowieka. Nie przywiązujemy się do niczego i też niczego nie mamy. Czuję w głębi serca, że jesteśmy chyba najbardziej zjebaną generacją. Nie poczuliśmy wielkiego kryzysu, nie przeżyliśmy wojny, nie dane nam było zobaczyć prawdziwego piekła. Powodem depresji może być wpis na Facebook.

Era niebieskich twarzy. Tworzymy i kończymy relację poruszając kciukami, wybieramy z kim uprawiać seks przesuwając w lewo lub w prawo, znajdujemy pracę klikając „aplikuj”, wyznacznikiem statusu są lajki. To sprawia, że wchodząc w głębszą interakcję wychodzącą poza ekran telefonu ludzie dostają pierdolca. Mówię do ludzi, gdy oni sprawdzają nowe foty jakiejś szafiarki.

Dlaczego o tym piszę? Bo te wszystkie stymulatory sprawiają, że mamy to sztuczne poczucie szczęścia. Masz w chuj lajków pod profilowym = szczęście. Twój ulubiony bloger/vloger/youtuber/raper wypuszcza nowy materiał = szczęście. Match na Tinderze z dobrą dupą = szczęście. Fakt, faktem jest… ale trwa ono od kilku sekund do kilku minut, ale karmimy się tym z taką częstotliwością, że nie przeszkadza nam pustka między strzałami.

Mam w głowie prawdziwy dylemat. Z jednej strony lubię żyć i trzymać rozładowany telefon w kieszeni trzymając wspomnienia w głowie, a nie na rolce aparatu smartfona. Z drugiej przez mocniejsze natężenie szczęścia, mocniej przeżywam jego stratę. To tak jak z narkotykami czy alkoholem. Jeżeli jazda jest stabilna, stała i na „wystarczającym” poziomie, to rano czujemy się dobrze i możemy dalej funkcjonować. Jeżeli z kolei jazda jest grubo za gruba, to wyciskamy z nocy tyle przeżyć, historii, anegdot i doświadczeń, że czujemy się jakbyśmy przeżyli tydzień w jedną noc… ale rano czujemy się jakbyśmy umierali, a kac przypomina nam o konsekwencjach życia milionem żyć.

Od ponad miesiąca mam kaca… a jedynymi używkami jest kofeina i nikotyna.

Przyczyna jest prosta… nic nie trwa wiecznie. Wszystko co mamy przeminie, nadzieja umrze, miłość się wypali, złość przejdzie, pieniądze znikną, życie się skończy. Szczęście jest z tego pakietu najkrótszym i najbardziej kruchym elementem.

Najgorszą sytuacją jest ta, w której musimy zdecydować między dwoma opcjami. Użyć zasady mniejszego zła… jakby 8 latek miał wyliczyć procentowe szansę na prawdopodobieństwo wystąpienia opadów deszczu na Saharze. Bramki są dwie, pierwsza to zrezygnować ze szczęścia i cierpieć w stopniu znośnym. Druga to przeżyć szczęśliwie, mocno, bez opamiętania kilka dni w czystym raju, ale dostać zimnym kubłem wody na sam koniec.

Co byś wybrała?

Cierpienie jest nieodłącznym składnikiem szczęścia.

Śmierć – życia

Kac – picia

Wstyd – złości

Łzy – miłości.

Mimo to, mając świadomość konsekwencji i wiedząc, że to nie będzie wieczne ładuję się w te szczęśliwe chwilę niczym dziecko. Rozpływam się w nadziei, że tym razem może nie zniknie. Jestem efektem generacji karmionej bajkami…

I żyli długo i szczęśliwie. Zawsze zakochani musieli przeżyć piekło, pokonać przeciwności, a gdy wszystko zostało przezwyciężone to… żyli długo i szczęśliwie. Nikt mnie nie ostrzegł, że za ścianą przeszkód znajduję się kolejna. Nikt nie powiedział, że może być ich kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lub kilkaset. Nikt mnie nie przygotował na wieczną walkę o szczęście. Nikt nie wytłumaczył, że muszę cierpieć, żeby móc skosztować kilku dni raju. Nikt kurwa nigdy też nie powiedział, że będzie lekko.

Najczęstsze kłamstwo jakie słyszałem to „będzie dobrze”.

Często jest dobrze, ale przez chwilę. Przez dzień, dwa, może tydzień, rzadziej miesiąc. Stąd moja chęć rozkoszowania się tymi sekundami. Bo mam świadomość, że te sekundy są okupione moją krwią przelaną podczas walki. Niestety nigdy nie miałem dobrej kondycji i wymiękałem po 10 minutach sparingu. Podobno trzeba wiedzieć kiedy zejść ze sceny… jako półprzytomny bokser wstający z drżącymi się rękoma złożonymi w gardę widzę mądrość tej sentencji.

Doprowadzając swój umysł i organizm do różnego rodzaju ekstremalnych sytuacji uczę się siebie. Teraz widzę, że nie wypalam się tak jak kiedyś. Nudzę się szybciej, dużo szybciej. Jestem dzieckiem z MDMA pływającym w żyłach… bojącym się, że nigdy już nic mnie nie zadowoli i nie wprowadzi w stan ekstazy.

Gdy ćpun jest na odstawieniu to pierwsza dawka po przerwie jest niczym dotyk Boga. Pierwszy kieliszek dla alkoholika. Myślę, że dlatego wszystko mnie nudzi. Świat przestał mnie zachwycać, a to co do tej pory było całym moim życiem jest dekoracją na półce.

Mam świadomość, że muszę to zmienić. Muszę zmienić wszystko co wokół mnie istnieje. Muszę odnaleźć sposób na zmienienie źrenic. Muszę przeżyć coś co znowu zaszkli mi oczy z podziwu lub radości. Muszę zaryzykować, żeby odkryć czy się opłaca. Muszę postawić wszystko na jedną kartę, żeby przestać czuć przywiązanie do tego co mam i tego co ma mnie. Muszę zagrać w rosyjską ruletkę sam ze sobą, żeby przy pociąganiu za spust mieć przebłysk tego czego pragnę i za czym bym tęsknił najbardziej. Muszę się zniszczyć, umrzeć i mieć nadzieję że zmartwychwstanę, lub zbuduję się z tego co znajdę po drodze. Muszę zniknąć… muszę poczuć szczęście…

Poprzedni rok był najlepszym i najpiękniejszym mojego życia… najwyraźniej wszechświat poważnie bierze temat równowagi.

Coraz więcej ludzi pyta jak być szczęśliwym…

Podobno dawanie innym szczęścia powinno nas też uszczęśliwiać. Jest w tym dużo prawdy… gdy dajemy coś bliskiej osobie i widzimy, że ją to cieszy to czujemy się dobrze.

Co jeśli oddamy wszystko i nie mamy już nic do zaoferowania?

Wtedy można oddać szczęście jako prezent pożegnalny.

Moje wpisy patrząc po statystykach trafiają do dość sporej (większej niż kiedykolwiek bym się spodziewał) grupy ludzi. Dlatego każdej osobie, która doczytała do tego momentu życzę, żeby spotkał na swojej drodze życia osobę godną oddania wszystkiego, ale nie chcącą zabierać szczęścia.

Użyje zdania, które zrozumie kilka osób na koniec

Jeżeli mogę dać komuś możliwość zbudowania czegoś, co ma potencjał na ideał… to oddam swoje szczęście i nadzieję, pomimo że ich potrzebuje. Oddałbym więcej, ale tylko to mi zostało. Najbliższe tygodnie czy miesiące będą skutkiem tej decyzji.

Pracuję nad czymś i mam plan.

Ale nie mówcie nikomu, ok?

Życzę Ci odnalezienia szczęścia, dziękuje za Twój czas.

6z7 uczuć głównych.

Stay happy 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close