Masz po co żyć?

Pytania… a raczej udzielanie na nie odpowiedzi kreują moją filozofię i zmieniają mój wzrok.

Cenię sobie rozmowy, zwłaszcza te, które przychodzą niespodziewanie. Rozwijają się bez kontroli… i zostają na długo w pamięci.

Partnera lub partnerkę do takich rozmów na próżno szukać konwencjonalnymi metodami. Trzeba być czujnym i zauważyć okazję, gdy ta się nadarzy. Trzeba wiedzieć kiedy nadchodzi upragnione oczyszczenie.

Będąc po dobrym pokazie potrzebuję chwili dla siebie, aby wszystkie emocje ze mnie zeszły. Stojąc przed ludźmi daję im absolutnie wszystko co mam. Po ukłonie, potrzebuje chwili żeby serce porzuciło plany wyskoczenia z klatki piersiowej nie zważając na żebra. Chwili na to, aby złapać oddech, aby pot wysechł, a ciało wróciło do zdrowej temperatury.

Trochę jak po dobrym seksie, ale bez śladów po zębach czy paznokciach.

Wtedy potrzebuję chwili na regenerację i myślenie. Czy wszystko poszło tak jak planowałem. Czy przekazałem tę myśl, którą chciałem. Czy udało mi się wyrwać ludzi z szarości rzeczywistości.

Dlatego mam nieobecny wzrok i odpowiadam na pytania pojedyńczymi słowami błądząc oczami jakbym czegoś szukał. Jakby mnie nie było tu i teraz.

Dopiero, gdy wrócę do siebie mogę wyjść ponownie do ludzi. Gdy moja bateria znów zapali się na żółto, mogę otworzyć usta i uszy na świat. Wtedy jestem gotowy na after party.

Zmęczenie i wycieńczenie związane z wystąpieniem mija przeważnie po godzinie. Muszę wtedy uzupełnić płyny, wrzucić jakieś jedzenie do komina, przemyć twarz. Wtedy ciało w minimalnym stopniu dogadnia mózg, który nadal pozostaję w wydolności równej 120%, która jest wymagana na scenie.

Moim ulubionym etapem afteru jest ten, w którym nie ma już nikogo. Ulice pogrążone są we śnie, niebo milczy, a księżyc spokojnie obserwuję rozwój wydarzeń. Gdy zostają tylko weterani, Ci którzy jako ostatni stoją po to by zaraz upaść.

Gdy świat milczy, wtedy mój niemy krzyk jest widoczny najlepiej.

-Te historię są prawdziwe?-

Czuję się brudny i zły przy ludziach czystych i niewinnych. Czuję się jak trędowaty, który uciekł spod kwarantanny. Bardzo możliwe, że dlatego bo przez lata, byłem traktowany dokładnie jako taki.

Ci piękni, zdrowi, szczęśliwi, wyedukowani, dojrzali, spokojni, czyści, społecznie dopasowani, fotogeniczni, utalentowani, ułożeni, żywi, lubiani, kochani i szanowani dawali mi odkąd pamiętam dość dobitnie znać, że nie ma dla mnie miejsca w ich świecie.

Ci ludzie nie chcą mieć z nami nic wspólnego, z tymi brudnymi, przeżartymi rzeczywistością, zmęczonymi życiem.

Spodziewałem się ciszy, a mimo to aksamit deficytu dźwięku został przerwany. W popłochu przerabiam w głowie scenariusze, odgrywam scenki które mogą mieć miejsce w zależności od odpowiedzi jakiej udzielę. Szybki rekonesans za i przeciw każdej opcji.

Kończąc szósty rezultat wiem jaka odpowiedź jest odpowiednia, jednak żałuję że nie mogłem przejrzeć większej ilości opcji… wypadłem z wprawy, kiedyś miałbym kilkanaście opcji. Muszę wrócić do ćwiczeń symulacji.

Wszystkie są prawdziwe, ale większość jest złagodzona. Mówię jakbym udzielał tej odpowiedzi milion razy, mimo że pierwszy raz ktokolwiek spytał o prawdziwość moich przeżyć. Myślę, że zmieniło by to wydźwięk moich myśli, gdyby ludzie znali wszystkie szczegóły.

-To trochę się w Twoim życiu wydarzyło. Ile masz lat?-

Odpowiadam, że 23, ale od dekady widzę jaki świat jest niesprawiedliwy. Pomijam, że czuję się jak dziecko Indygo, którego dusza przeżyła setki lat, a oczy widziały całe piękno, które ten świat ma do zaoferowania przez co nie są w stanie zachwycić się czymkolwiek. Pomijam, że przekraczam granicę tylko po to, by poczuć że żyję. Pomijam, że boję się w równej mierze następnego dnia i tego, że mogę go nie zobaczyć. Boję się żyć i boję się umrzeć, dryfując w otchłani wewnętrznej pustki i braku wrażeń. Pomijam to wszystko… a ona jakby czytała w moich myślach….

-Masz po co żyć?-

Dwoje dorosłych ludzi stojących na przeciwko siebie. Za oknem słychać jedynie syreny radiowozów i deszcz, który w Jazz’owym stylu wybija łamany rytm ciszy, która zapadła.

On nie wie jak zareagować, bo od lat nikt spoza rodziny szczerze nie spytał nawet co u niego słychać. Ona chcę zaspokoić ciekawość czy po zobaczeniu w tak krótkim czasie piekła, nieba i czyśćca jest jeszcze cokolwiek na co można od życia liczyć.

Żyjący w chmurach perkusista wystukuje dumnie swoje solo, dając życie pustemu miastu, które już dawno przestało przejmować się czymkolwiek oddając się Morfeuszowi. Zupełnie jakby nie zdawał sobie sprawy z wagi pytania jakie padło, z siły słów, które zostały wypowiedziane.

Z gonitwy myśli, która szaleńczo rozpętała się wśród tych śpiących i nieświadomych.

Czy mam po co żyć?! Czy ktokolwiek ma? Mam parę marzeń, parę oczekiwań, parę planów. Ale czy po to żyję? Żeby mieć plany czy cele? Powinienem mieć cokolwiek co sprawia, że otwieram oczy po śnie. Cokolwiek oprócz budzika.

Paranoja zaczyna się wkradać. Pewnie się ze mnie nabija i uważa za freak’a. Po mimice nie umiem wyczytać nic prócz swego rodzaju czystej ciekawości i nadziei na odpowiedź. Gdy skłamie, że mam po co żyć to zapyta co dokładnie, albo będzie oczekiwała że sam z siebie dopowiem. Kłamstwo nie wchodzi w grę. Mogę powiedzieć, że nie wiem po czym na głos się zastanawiać, ale to będzie dziwne… pozostaję prawda.

Wbijam wzrok w blat jakbym znalazł tam coś niesamowicie ciekawego bo nie chcę widzieć tej standardowej mieszaniny fałszywego współczucia, pogardy i braku zrozumienia, która pojawia się na twarzach ludzi, gdy wypluwam w eter cząstkę siebie.

Nie chcę widzieć jej twarzy, gdy mówię że tak naprawdę chyba nie mam do końca po co żyć.

Że po części jest mi to wszystko jedno czy obudzę się rano czy nie.

Gdy bez wahania mówię o pogodzeniu się z brakiem szans na spełnienie swoich marzeń.

Kątem oka obserwuję jej reakcję na wspomnienie o chęci pozostania nieśmiertelnym i jednoczesnej świadomości przemijania.

O tym, że całe życie chciałem być wybitną jednostką, aby zasłużyć na pozostanie w pamięci ludzi, ale odnoszę porażkę na każdej płaszczyźnie i przy każdej próbie.

Czuję jak wyczerpujące było powiedzenie tego i jak źle i ciężko jest mi z faktem, że taka jest skurwiała prawda. Resztkami siły i namiastką odwagi zmuszam się do spojrzenia jej w oczy.

Zero pogardy.
Zero szyderstwa.
Zero fałszywego współczucia.

Zero pocieszania.
Zero prób pomocy.
Zero „będzie dobrze”.

Czyste zrozumienie.

Czyżbym źle ocenił? Czyżby Ci piękni i dopasowani byli w stanie rozumieć nas, tych zjebanych i trędowatych? Czyżby Ona była tak jak ja przegniła i przeżarta?

Szczęście, że jesteśmy spowici ciemnością i prawdopodobnie nie widzi zaszklonych oczy, które zaszły łzami na samą myśl bez sensu oddechu.

Zaczynam zastanawiać się czy jest coś co może mnie wyrwać z tego poczucia pustki, czy rzeczywiście nie mam po co żyć.

Na ten moment, chyba jedynie rodzina pozwala mi utrzymać się na tafli wody życia. Jest to wszystko co mam i co stale przywraca mnie to normalności.

Utrzymuje mnie świadomość, że chcę założyć swoją rodzinę. Miec swoje dzieci, które wbrew idei antynatalizmu wierzę, że uchronie przed światem. Które będą tymi pięknymi i kryształowymi. Które odziedziczą po ojcu wszystko oprócz smutnego wzroku i worów pod oczami. Moje przedłużenie pamięci, które przejdzie przez życie chronione przed takimi jak ich tata, bo tata zna się na skurwielach i wie jak z nimi walczyć.

Utrzymuje mnie fakt, że istnieje grupa ludzi, którzy we mnie wierzą, a przynajmniej tak mówią. Zrzucając tym samym na mnie odpowiedzialność. Bo to ode mnie zależy czy ich wiara jest na darmo czy nie. Nigdy nie miałem wokół siebie ludzi, którzy nie spisaliby mnie na straty… nie wiem jak się zachować wobec tych, którzy lubią moje rzeczy.

Utrzymuje mnie, że gdzieś na obrzeżach Vannes we Francji lub w Sacramento w Kaliforni jest skrawek ziemi, który kiedyś będzie moją własnością. Miejsce, gdzie wybuduje swój dom i siedząc na ganku będę rozmawiał ze swoimi wnukami przez hologram czy inną nowość technologii, której nadal nie będę rozumiał. Będę obserwował jak spełniają swoje marzenia jeżdżąc po świecie czy piąc się po szczeblach kariery, czy tworząc i wyrażając siebie. Patrząc na nie ze świadomością, że mają możliwość robić co chcą, bo ich dziadek osiągnął sukces i w razie problemu zawsze im pomoże.

Utrzymuje mnie świadomość, że to może być kiedyś prawdą. W przyszłości to będzie moja odpowiedź „po co żyje”. Teraz naprawdę nie wiem… bo nie wiem ile siły jeszcze mi zostało.

Blado uśmiecham się dając znać, że to nic, że nie oczekuję klepania po plecach. Widzę, że już to wiedziała. Próbując nie okazywać oznak szoku i strachu spowodowanego tym, że zbyt dobrze jest w stanie mnie przejrzeć pytam: a ty… masz po co żyć?

Dwoje dorosłych ludzi, którzy stanowią wyjątek wśród reszty. Nie dlatego bo stoją, gdy wszyscy wokół śpią, lecz dlatego bo oprócz mówienia potrafią również słuchać, a co ważniejsze rozumieć. On ukrywa podziw i zaskoczenie, a ona dzieli się z nim swoimi myślami. Zegary jakby stanęły w miejscu, czas nie gra roli gdy dwa tak podobne umysły stają naprzeciw siebie.

Latarnie przez okno zaglądają światłem do środka, aby zobaczyć tego, którym wzgardził świat i który tym światem wzgardził wypowiadając mu wojnę i tą, którą z otwartymi ramionami przyjmą wszędzie, a która nie wszędzie chcę być zaproszona. Deszczowy perkusista powoli kończy swój koncert, aby pozwolić brzmieć słowom, którym oddaje scenę z należytym szacunkiem.

Zostawmy ich w rozmowie, bo piękno ekspresji jest ważniejsze niż dalsza narracja. Obserwując ich przez okno każdy z was może zadać sobie jedno pytanie.

Czy mam po co żyć?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close