Dekada Bezsilności

Żadne z nas do końca nie wiedziało jak się tu znaleźliśmy. Żadne z nas się nawet nie zastanawiało, bo było to mało ważne. Ważne było to, że mieliśmy w końcu miejsce na wyładowanie agresji i bezsilności w stosunku do świata. Nawet jeżeli oznaczało to wchodzenie na salę prób przez okno…

Początek mojego aktualnego stanu miał miejsce prawie dokładnie 10 lat temu.

10 lat nienawiści.
10 lat chęci pomocy.
10 lat krzyku.
10 lat niechęci.
10 lat walki.
10 lat prób zrozumienia.
10 lat bezsilności.

Krótka matematyka da Ci wgląd, że wszystko się zaczęło gdy miałem 13 lat…


-Pijesz?-

Byłem w różnych mieszkaniach moich znajomych, ale takiego jeszcze nie widziałem. Było pozbawione tych ładnych mebli, włączonych telewizorów i kuchni wprost z katalogu. Nie jestem w stanie określić ile osób tu mieszka, bo rozrzucone ubrania i różnego rodzaju rzeczy mieszają się zarówno w kwestii płci, wieku oraz stylu. Równie dobrze mogłoby tu żyć osiem osób.

W jego pokoju był wielki plakat Iron Maiden, których razem słuchaliśmy, stare zniszczone łóżko i to chyba tyle.

Gdy zmrożona wódka zapełniała szklankę zdałem sobie sprawę, że poznaliśmy się tylko dlatego bo wrzucili nas do jednej klasy. Znałem go najkrócej z całej ekipy, a mimo.to był jedynym który razem ze mną przyjął kopa na zęby wtedy na boisku, gdy reszta stała jak skończone pizdy… przyjaciele.

Głupio było mi przyznać, że nigdy nawet nie próbowałem piany z piwa, a co dopiero czystej. Gdybym wyczuł jakiekolwiek oznaki zwątpienia lub wrażenia, że to nietypowe od niego to pewnie bym powiedział, że coś jest nie tak… ale to nie była pierwsza szklanka, którą komuś tu polewał.

-Ugh, stary… ta gra, którą mi pożyczyłeś jest kozak, ale chyba Ci już ją oddam bo…-

W miarę jak opowiadał co się dzieję w tej grze tym większe miałem wrażenie, że kłamie. Absolutnie nie dlatego bo odczytałem jego mowę ciała… po prostu wiedziałem co się w niej dzieję, a on mówił o czymś zupełnie innym. Gdy zrobił pauze powiedziałem, że Tam nic takiego nie ma…

Jakbym powiedział coś obraźliwego… spoważniał i zamilkł. Wtedy otworzyły się drzwi od mieszkania. Nie lubiłem tej rutyny poznawania rodziców(nadal nie lubię) bo wiedziałem, że muszę dobrze wypaść i dobrze się zachowywać… co może być ciężkie z widokiem dwóch trzynasto latków i butelką wódki.

Od progu słyszałem bluzgi i dość kreatywne wyzwiska. Wiązanki, których nie powstydzilibyśmy się na podwórku. Wszystki się działo dość szybko i mój umysł nie był w stanie zarejestrować wszystkiego dokładnie bo zbyt dużo nowych bodźców uderzyło w moje receptory.

Najpierw wleciał kapeć, który trafił mojego gospodarza. Potem wleciały kolejne wyzwiska i bluzgi, ale już skierowane w niego, a nie w powietrze. Gdy odpowiedział to wleciała ona… cały czas zastanawiałem się czy powiedzieć to jebane Dzień Dobry czy nie.

Nie wiem ile to trwało, wiem że gdy wyszła to poinformował mnie, że nie mógł zagrać w tę grę bo miał zbyt słaby komputer i wstyd było mu się przyznać. Poprosił żebym nikomu o tym nie mówił, bo chłopaki mogli by się nabijać albo coś.

Do końca semestru stoczyliśmy kilka walk ramię w ramię broniąc jeden drugiego w potrzebie. Potem zmiana szkoły i kontakt umarł. Dziś wiem, że wszystko mu się ułożyło i jest szczęśliwy… co cieszy mnie niezmiernie.


Zobaczenie na własne oczy, że świat nie jest kolorowy było przebudzeniem. Od tamtej pory poczucie, że świat jest niesprawiedliwy nie opuszcza mnie na krok. Poczucie, że trzeba zmienić tak wiele, a ja mam tak mało siły i możliwości.

Potrzebowałem jakiegoś ujścia złości, którą czułem do społeczeństwa za to że jest ślepe. Moi rodzice, chyba widzieli że muszę mieć coś co by mnie rozładowało. Pływanie, taniec, tenis, judo. To ostatnie zdeterminowało wybór mojej następnej szkoły.

Jak sięgnę pamięcią tak nie wiedziałem co robić w życiu i którą drogę obrać. Dlatego skoro trenowałem na macie to szkoła sportowa była najłatwiejszym wyborem i z pozoru takim, który mógł mi wyjść na dobre.

Moje gimnazjum to ciekawy okres, który zawiera materiały na sporo wpisów, więc nie będę tutaj tego wymieniać.

Sa historię, które zaczynały się od piwa o 8 rano, a kończyły na awanturach na korytarzach.

Są te, w których byłem czarnym charakterem niszczącym kogoś tylko dlatego bo poczułem siłę.

Jest ta, w której skakaliśmy po samochodach i rzucaliśmy granaty dymne domowej roboty w kierunku różnych instytucji.

Momenty seksu w miejscach publicznych, jednoznacznych propozycji od dziewczyn moich kumpli, oraz zdrady we wszystkie strony.

Jednak skupię się na wydarzeniu, które pozwoliło mi oddychać, a którego bardzo mi brakuje. Wydarzenie, przez które przelałem sporo krwi zarówno swojej jak i inych. Coś co dało mi pierwszą prawdziwą miłość i które pomogło mi przeżyć jej koniec.

Muzyka.

Pierwszy projekt założyliśmy 8 albo 9 lat temu. Jako perkusista miałem mało do powiedzenia, ale miałem możliwość wyżycia się na bębnach.

Skoro grałem, to wypadało również chodzić na koncerty. Z racji, że nie miałem pojęcia o podziemiu, to zostały te komercyjne. I tak oto przeżyłem pierwsze pogo, poznałem pierwszą miłość, straciłem pierwszy telefon, miałem pierwsze posiniaczone ręce i plecy, oraz pierwsze zdarte gardło od krzyku… a to wszystko dzięki koncertowi Kultu w Gdyni.

Pierwszy projekt był niewypałem. Możliwe, że dlatego bo nie potrafiłem grać na perkusji, możliwe że dlatego bo wokalista był zbyt ambitny jak na swoje umiejętności, możliwe że dlatego bo między gitarzystami była kosa… może wszystko naraz.

Ważne jednak, że w międzyczasie poznałem parę osób, do których mogłem dołączyć współtworząc nowy projekt. Stricte Punk Rock’owy.

Na pierwszej próbie wydało się, że jestem beznadziejny za bębnami… na szczęście wokalista potrafił grać, więc doszliśmy do wniosku, że po prostu zamienimy się miejscami.

Nie trudno się domyślić, że o śpiewie wiedziałem jeszcze mniej niż o trzymaniu rytmu… ale przez następne 3 lata stałem przed mikrofonem. Dlaczego? Bo byłem wkurwiony i potrafiłem przelać to na tekst, a co ważniejsze… potrafiłem to wykrzyczeć.

Pierwszy koncert naszą wesołą punkową ekipą zagraliśmy w miejscu, które funkcjonowało jako niezależna galeria artystyczna, a wieczorami jako prawdziwie podziemna koncertownia.

Żadnych kas fiskalnych, żadnego baru, żadnej ochrony, żadnej ciszy nocnej, żadnych godzin otwarcia, żadnych zasad czy regulaminów.

Była scena, był całodobowy na rogu, były popielniczki na każdym kroku, był backstage, był dach, było pięterki w razie gdyby komuś się poszczęściło, była toaleta, oraz krzaki.

Znajdź lepsze miejsce mając 15 lat.

To było nasze miejsce. Niestety właścicielka wraz z czasem i wybrykami, których dumnie byliśmy sprawcami, zaczęła mieć problemy prawne przez co na jakiś czas nasz Eden musiał zniknąć z radaru.

Bez kontaktów i z asłuchalną muzyką trudno było nam gdziekolwiek grać, więc nasz zespół jakoś umarł śmiercią naturalną.

Wraz z gitarzystą postanowiliśmy otworzyć coś zupełnie nowego. Coś czego nie było. Coś o czym nawet basista Lipali mówi w trakcie wywiadu jako o hybrydzie nie mającej racji bytu.

Zespół, w którym perkusista był skate’m, jeden gitarzysta thrash metalowcem, drugi old-school rockersem/bluesmanem, basista był łysy, a wokalista nosił czerwonego irokeza.

Każdy z innej bajki. Z bajek, które wokół nas toczyły walki i nienawidziły się wzajemnie, a które spotykały się pod naszą sceną.

Pierwsze wyjście mieliśmy chyba podczas przeglądu konkursowego jednego z Gdańskich liceum. Fajna inicjatywa podczas której można było pokazać się większej publice, a co ważniejsze… nie robili researchu kto gra.

Tuż przed wejściem na scenę czułem stres. Ciężko go nie czuć wychodząc nagle przed ponad dwustoma ludźmi, w instytucji państwowej po to żeby krzyczeć o nienawiści do świata, systemu i ludzi. Na moje nieszczęście krążąc wokół ludzi spotkałem starego znajomego, który podążał za towarzyskimi trendami i zajadał Acodin na kilogramy.

Poczęstowany garścią białych tabletek poszedłem odpocząć na backstage. Gdy zaczęło kopać zostaliśmy wywołani na scenę.

Brak tchu, paranoja, zwiększona potliwość, oderwanie rzeczywistości i… bezkresna agresja. Najlepszy zestaw na debiut.

Tuż po tym koncercie nasza nazwa odbiła się szerokim echem po podziemiu. Minęło parę miesięcy, abyśmy zapełniali kluby i dostawali propozycję od innych zespołów, abyśmy zagrali jako gwiazda wieczoru.

Mieliśmy wszystko w dupie. Gdy nasi towarzysze sceny wynajmowsli studia, żeby nagrywać epki my myśleliśmy jak zaimplementować Sambę do naszego setu. Gdy wszyscy tworzyli grupy fanów będąc wiernym granemu gatunkowi, my co utwór mieszaliśmy inne style. Gdy inni tworzyli naklejki, koszulki i wyrabiali markę, my wyrabialśmy ją tym, że pod sceną zawsze był chaos pięści i krzyków. Znakiem rozpoznawczym było to, że zawsze występowałem z kilkoma kartkami papieru bo nie pamiętałem tekstów(jakby ktoś się zastanawiał jak bardzo mieliśmy wszystko w dupie).

Nie wiem czy wszyscy członkowie by się ze mną zgodzili, ale wydaję mi się że skończyły nas kobiety. Ja, basista i gitarzysta przeszliśmy przez zerwania mniej więcej w podobnym czasie. Między wierszami wydarzyły się te sytuację, które między wierszami powinny pozostać. Finalnie jednak, żadne z nas nie było w stanie wrócić do poprzedniej wersji siebie. Odbiło się to zarówno na treści utworów jak i oprawie muzycznej. Przestaliśmy zapełniać kluby, przestaliśmy się dogadywać, a czuliśmy na karku oddech dorosłości, więc finał mógł być tylko jeden.

Gdy straciłem swoją formę ekspresji i wentyl bezpieczeństwa czułem się jak ćpun na głodzie. Musiałem zająć czymś umysł, czymkolwiek. W wieku 17 lat zacząłem pracować za barem i to stało się moją obsesją. Łączenie smaków, flair(żonglowanie butelkami) i bycie na bieżąco ze światem gastronomii.

Reszta historii już kilka razy pojawiła się w różnych wpisach i wywiadach. Zacząłem zajmować się oszustwami karcianymi, następnie z powodów bezpieczeństwa iluzją, aby zafascynować się manipulacją psychologiczną i ostatecznie czytaniem w myślach.

Co łączy to wszystko?

Od 10 lat zdaję sobie sprawę jak skurwysyńskim jesteśmy gatunkiem pełzając po tej kuli gówna.

Od 10 lat próbuje stanąć na przeciwko ludzi krzycząc, że nie musi tak być.

Od 10 lat dokładam wszelkich starań, aby rozumieć motywy i pragnienia, które doprowadziły do obecnego stanu rzeczy.

Od 10 lat zaciskam zęby w bezsensownym gniewie i niezgodzie na zło.

Od 10 lat wyciągam pomocne dłonie do tych, którzy tego potrzebują, często będąc w nią gryzionym.

Od 10 lat źle mi że jestem tym samym gatunkiem stworzenia co potwory, że oddycham tym samym powietrzem.

Od 10 lat szukam sposobu na poprawę.

Zmieniała się forma i wydźwięk, ale idea zawsze była ta sama.

Przez dekadę moim motorem napędowym był gniew. Cały ten czas chciałem walczyć z ogółem i toczyłem bitwy z jednostkami. Wierząc, że pójście na noże jest najlepszym sposobem do uświadomienia ludzi, że są inne drogi i że prawo do szczęścia nie jest przywilejem. Używanie agresji, aby uwydatnić bezsens przemocy. Działania destrukcyjne w imię kreacji.

Po tym wszystkim straciłem siłę, a od jakiegoś czasu zupełnie inna emocja napędza mnie do tworzenia. Inny wydźwięk mają wpisy, inny posmak zostawia spektakl, gdzie indziej trafia muzyka, zmienił się mój wzrok.

Bardzo powierzchownie potraktowałem ten okres bo opisanie wszystkich sytuacji mogłoby być materiałem na książkę. Niektóre historię na pewno udostępnie publicznie… o reszcie lepiej zapomnieć.

Życzę Ci wytrwałości, tylko i aż tyle.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close